Reklama

Jak leczono mnie na oddziale covidowym sokołowskiego szpitala

28/11/2020 12:46

Mieszkanka naszego powiatu opowiedziała nam o swojej walce z koronawirusem. Na Oddziale Neurologicznym Szpitala Powiatowego w Sokołowie Podlaskim, gdzie są tzw. łóżka covidowe spędziła 12 dni. Spisaliśmy telefoniczną relację.

Mieszkanka naszego powiatu opowiedziała nam o swojej walce z koronawirusem. Na Oddziale Neurologicznym Szpitala Powiatowego w Sokołowie Podlaskim, gdzie są tzw. łóżka covidowe spędziła 12 dni. Spisaliśmy telefoniczną relację.

Chcę podzielić się swoimi przeżyciami z leczenia z koronawirusa, ponieważ jestem bardzo wdzięczna lekarzom i całemu personelowi Oddziału Neurologicznego w sokołowskim szpitalu za troskliwą opiekę i wielkie serce, jakie mi okazali.
Nie jestem w stanie powiedzieć, jak zaraziliśmy się koronawirusem. Mój mąż też chorował, ale miał bardzo lekkie objawy, nie musiał iść do szpitala. Mieszkamy w jednej z wiosek na terenie powiatu sokołowskiego, gdzie było kilka chorych osób i nawet zgony, ale kto mógł mnie zarazić nie wiem.
Mąż miał tylko lekką gorączkę, trzy dni po nim i ja zaczęłam się źle czuć. Była sobota, kiedy pojawił się u mnie taki dziwny kaszel i zaczęły mnie boleć gałki oczne. Nie straciłam ani węchu ani smaku. W poniedziałek czułam się jeszcze gorzej i we wtorek zadzwoniłam do swojego lekarza rodzinnego, doktora Andrzeja Wąsowskiego. Jestem jego pacjentką 5 lat i to wspaniały lekarz. Pan doktor wiedział, że jestem osobą po sześćdziesiątce z poważnymi obciążeniami zdrowotnymi. Od razu zaproponował mi, żebym zrobiła wymaz i sprawdziła, czy to nie koronawirus. Próbkę do badań pobrano mi w punkcie koło sokołowskiego szpitala jeszcze we wtorek.
W piątek zadzwonił do mnie doktor Wąsowski i powiedział, że z badań wyszło że mam COVID-19. Powiedział też, że ze względu na moje inne problemy zdrowotne będzie szukał dla mnie miejsca w szpitalu. Zadzwonił trochę później i powiedział, że na oddziale u dr Pierzchlewskiej miejsca nie ma, w Siedlcach w ogóle nie odbierają telefonu, ale jest jeszcze jakaś szansa, bo dyrektor szpitala organizuje miejsca covidowe na Oddziale Neurologicznym. Po jakimś czasie dostałam kolejny telefon od doktora, że mam siedzieć w domu i czekać na transport do szpitala. Po kolejnych 40 minutach przyjechała karetka z ratownikiem i mnie zabrała. To wszystko trwało bardzo szybko, na izbie przyjęć w ciągu kilkunastu minut dostałam opaskę i odwieziono mnie tomografię, a potem na oddział do doktora Kwiatkowskiego. Czułam się coraz gorzej, dosłownie z minuty na minutę odczuwałam że choroba postępuje.
W moim przypadku leczenie było o tyle kłopotliwe, że od ponad 30 lat mam różne problemy zdrowotne. Jestem uczulona na różne rzeczy, na wiele leków, w tym także na niektóre antybiotyki. W przeszłości brałam sterydy i mam przez to osłabione żyły. Bałam się, co będzie z pierwszymi wkłuciami. Ale w szpitalu zobaczyłam u pielęgniarek wielki profesjonalizm. 32 lata chodzę po lekarzach i nie spotkałam wcześniej, żeby tak fachowo robić zastrzyki. Od razu zostałam podłączona pod tlen. Doktor Kwiatkowski wprowadził mi odpowiednie leczenie. Trzy dni leżałam na „erce”, później przeniesiono mnie na zwykłą salę.

Reklama

Byłam w szpitalu łącznie 12 dni. W momencie przyjęcia do szpitala miałam płuca zajęte w 35 procentach. Lekarze mówili, że słychać w nich szmery, które jednak w miarę leczenia stopniowo ustępowały. Gorączki nie miałam dużej, dochodziła do 38 stopni i szybko mi ją zbito. 7 dni leżałam pod tlenem, bo organizm nie mógł sobie sam poradzić. To, co u mnie było problemem, to duży skok poziomu cukru we krwi. Normalnie nie przekracza mi 100, mam lekką glikemię, a podczas leczenia z koronawirusa potrafił skoczyć do 350. To co najbardziej odczułam, to wielkie osłabienie organizmu. Nawet teraz, choć koronawirusa już wyleczyłam, są takie momenty, że nie mam na nic siły. Wejście po schodach to ogromny wysiłek.

Jestem ogromnie wdzięczna personelowi covidowemu Oddziału Neurologicznego za fachową opiekę. Personel jest zgrany, wszyscy wiedzą co mają robić. Panie pielęgniarki, które pracują ponad 30 lat, choć jest ich mało, umiały poradzić sobie ze wszystkim. Salowe nie ograniczają się do tego, żeby sprzątać, ale jak trzeba to biegną pomóc przy chorym. A nie byłam tam sama, tylko wśród osób ciężko chorych, część z nich była np. po udarach. Jako pacjentka czułam się tam jak w tej filmowej „Leśnej Górze”.
A trzeba jeszcze dodać, że personel nie pracuje w fartuszkach i maseczkach, tylko jest ubrany w kombinezony od stóp do głów. Dwie osoby zakładają kombinezony i obchodzą cały oddział. Wykonują wszystko co potrzebne: podają leki, podłączają kroplówki, przekręcają chorych, żeby nie mieli odleżyn. Niektórzy ludzie narzekają na to że maseczki muszą w sklepie założyć, a tam w szpitalu ciężko pracują w szczelnych kombinezonach.
Wiem, że są ludzie, którzy mówią, że koronawirusa nie ma, że to jakaś bujda. Nikomu jednak nie życzę, by musiał go przechodzić.

Reklama

IMIĘ I NAZWISKO DO WIADOMOŚCI REDAKCJI

Zachęcamy mieszkańców powiatu, którzy chcą podzielić się swoimi relacjami z leczenia koronawirusa do kontaktu z redakcją: mail [email protected]
Jutro kolejny artykuł na ten temat, tym razem krytyczny głos rodziny pacjentki leczonej w sokołowskim szpitalu.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo




Reklama